Milioner mimo woli
Polskiemu emigrantowi przyznano rekordowe w Wielkiej Brytanii odszkodowanie w wysokości prawie 8,5 miliona funtów. Taka forsa potrafi przemówić do wyobraźni. W krótkich depeszach, jakie posłały w świat agencje informacyjne, trudno jest jednak upchać pewną istotną prawdę. Łukasz Borowski to najzwyklejszy na świecie chłopak, który po tym, jak jego życie legło w gruzach, próbuje je teraz poskładać do kupy.
Samego wypadku 27-letni Łukasz Borowski nie pamięta wcale. Za ostatnie kilka miesięcy przed tym, jak prowadzony przez jego znajomą Rozell peugeot 307 wylądował w rowie, wystarczyć musi kilka obrazków, które czasem stają mu przed oczami. Dom w Wisbech, w którym w tamtym czasie mieszkał, jakieś wydarzenia, które pamięta jak przez mgłę. Kolejnych kilka miesięcy po kolizji to też czarna dziura. O tym, co się wtedy działo, Łukasz wie jedynie z opowieści swojej żony Elżbiety. A początkowo sytuacja była naprawdę beznadziejna.
Typowy pech
Winnym całej tragedii właściwie nie był nikt. To typowy przykład zbiegu niesprzyjających okoliczności. Być może nawierzchnia jezdni była zbyt wilgotna, być może Rozell nie zdążyła się jeszcze porządnie dobudzić i nie zdołała w porę zareagować na niebezpieczeństwo, być może gęsto padający deszcz zbytnio przesłaniał widoczność.
Sam wypadek nie był zresztą chyba zbyt spektakularny, skoro jedyną poszkodowaną w nim osobą był właśnie Łukasz. Rok później kierująca samochodem kobieta stanęła przed sądem, który uznał, że w całym wydarzeniu niewiele było jej winy. Nałożono na nią karę 250 funtów za prowadzenie nieubezpieczonego pojazdu z wadliwą jedną oponą. I tyle.
Kto wie, gdyby Łukasz poleciał w inną stronę, może skończyłoby się jedynie na złamanym nosie i kilku siniakach. Niestety, najwidoczniej zły los chciał, żeby młody Polak przyjął na swoje barki ciężar, którym najgorszego nawet wroga obarczać nie wypada. Pierwsza diagnoza, którą żona Łukasza usłyszała w szpitalu, była chyba najgorszą z możliwych. Przerwany rdzeń kręgowy. Do tego mózg uszkodzony w kilku miejscach.
Dogonić marzenia
Elżbietę poznał jeszcze w Polsce. Po ślubie zamieszkali w jej rodzinnym Czaplinku. Tam Łukasz zatrudnił się jako monter wiązek elektrycznych do samochodów Volvo. Życie układało się im dokładnie tak samo, jak innym polskim młodym parom, które miały nieszczęście wybić się na samodzielność w pierwszych latach nowego tysiąclecia. Chłopak na rękę dostawał krajową płacę minimalną. Na dom z ogródkiem, psa i samochód się z tego nie uzbiera. W dodatku Łukasz przez cały czas marzył o tym, żeby kiedyś w końcu znaleźć pracę w wymarzonym zawodzie. W rodzinnym Szczecinie skończył szkołę kucharską i gotowanie to było właśnie to, co go od zawsze kręciło. Kiedy więc w 2004 roku podniosły się unijne szlabany, a w stronę Wysp Brytyjskich ruszyły pierwsze autobusy i samoloty, obydwoje z żoną nie musieli się zbyt długo zastanawiać. Doszli do wniosku, że skoro w Polsce nie ma przed nimi żadnych obiecujących perspektyw, poszukają szczęścia gdzie indziej.
Na miejscu, jak to zazwyczaj bywa w emigranckich opowieściach, okazało się, że na realizację marzeń należy jednak trochę poczekać i na razie trzeba będzie się zadowolić jakimkolwiek przynoszącym dochód zajęciem. Tak żeby zdobyć jakiś przyczółek i osiągnąć przynajmniej minimalną stabilizację. Najpierw więc Łukasz stanął przy taśmie, po której majestatycznie w jednostajnym tempie przemieszczały się ku swemu przeznaczeniu tusze kurczaków. Po jakimś czasie przeniósł się do oddalonej o kilka kilometrów fabryki, w której postawiono przed nim zadanie napełniania worków dokładnie odmierzonymi porcjami ziemniaków. Cały czas jednak marzyła mu się praca w kuchni i kto wie jakby wszystko wyglądało, gdyby nie tragiczny, listopadowy poranek 2005 roku.
To już nie jest ten sam człowiek
Kiedy Łukasz w końcu otworzył oczy, nie czuł zupełnie nic. Leżał w jakimś szpitalu i nie miał pojęcia, dlaczego nie może poruszyć żadną częścią ciała. Zresztą tego, czy nie wiedział – też nie jest stuprocentowo pewien. Pierwsze miesiące prześlizgnęły się po nim, nie pozostawiając praktycznie żadnego śladu. Czas wymknął mu się do tego stopnia spod kontroli, że nie do końca jest pewien, jak zareagował na wiadomość, że już nigdy nie będzie mógł chodzić.
– Chyba byłem zły – zastanawia się, ale w jego głosie słychać, że raczej zgaduje rzecz oczywistą.
O tym, że resztę życia Łukasz spędzi na wózku, Elżbieta wiedziała już od pierwszego dnia po wypadku. Tyle, że to wcale nie był koniec złych wiadomości. Razem z teściową były w szpitalu w dniu, w którym jej mąż odzyskał przytomność. Łukasz nie był w stanie rozpoznać żadnej z nich.
– Mówił, że nie jestem jego żoną, tylko dziewczyną. Nazywał mnie zupełnie innym imieniem – opowiada. – Mama się rozpłakała, kiedy usłyszała, jak do niej mówi „proszę pani” – wspomina. Lekarze nie byli w stanie określić, jak bardzo uszkodzony jest jego mózg. Opuchlizna uniemożliwiała jakiekolwiek badania.
– W pewnym momencie dowiedziałam się, że nie wiadomo, czy Łukasz kiedykolwiek będzie normalny. Przez cały czas żył we własnym świecie. Wypowiadał jakieś nonsensowne zdania. Nie za bardzo dało się z nim porozumieć – wspomina trudny czas Elżbieta. Z czasem jednak wszystko zaczęło wracać do normy. Mąż powoli zaczął łapać kontakt z rzeczywistością, a lekarze pozwolili posadzić go na wózku. Wywozili pacjenta na coraz dłuższe spacery do przyszpitalnego ogrodu. Po roku chirurdzy i fizjoterapeuci zdecydowali, że zrobili wszystko co w ich mocy, żeby młody Polak mógł żyć w miarę normalnym życiem. Niestety, w przypadku Łukasza owo „w miarę normalne życie” wcale nie oznacza tego, do czego przywykła większość z nas. Jego władza nad własnym ciałem kończy się mniej więcej pod pachami. Poniżej tej linii jest całkowicie sparaliżowany. Dłonie również nie należą do niego. Lekkie czucie pojawia się mniej więcej powyżej nadgarstków. Ramionami jest w stanie poruszać powoli, bez żadnych gwałtownych manewrów. O samodzielnym zjedzeniu śniadania czy nawet podrapaniu się w głowę może najwyżej pomarzyć. Nawet teraz daje się odczuć, że tragedia miała wpływ nie tylko na jego ciało.
– Po wypadku Łukaszowi kompletnie zmieniła się osobowość. Jest teraz zupełnie innym człowiekiem. Inaczej niż przedtem reaguje na takie same sytuacje, szybko się denerwuje – mówi Elżbieta.
Strach przed tym, co przyniesie jutro
Najtrudniejszy dla Łukasza był moment przed samym wypisaniem ze szpitala. – Zupełnie nie wiedziałem na czym stoję, co będzie dalej – mówi.
Pierwszą, najbardziej palącą potrzebą była jak najszybsza zmiana mieszkania. To, które zajmowali z Elżbietą do tej pory, zupełnie nie nadawało się do przyjęcia osoby na wózku. Po pierwsze znajdowało się na pierwszym piętrze, a schody były przecież w tym momencie barierą nie do przebycia. – Gdybyśmy tam zostali, żyłbym w nim jak w więzieniu – tłumaczy Łukasz.
Poza tym, na samym początku mężem opiekowała się jedynie Elżbieta. W lokalu nieprzystosowanym dla osoby niepełnosprawnej najprostsze z pozoru czynności okazują się niewykonalne. Ludzie, którzy posiadają pełnię władzy nad swoim ciałem, nie zdają sobie sprawy z tego, jak skomplikowaną rzeczą jest na przykład kąpiel. Łukasz przecież waży swoje kilkadziesiąt kilogramów i nie można go tak po prostu włożyć do wanny jak niemowlę. Poza tym pozostawał jeszcze jeden niezwykle ważny problem. Z czego mieli żyć, skoro jedno z nich przykute było do łóżka, a drugie nie za bardzo mogło się od tego łóżka oddalić?
Na szczęście jeszcze zanim Łukasz opuścił szpital, zaczęły działać siły, które starały się nie dopuścić do tego, żeby pozostał sam ze swoim kalectwem.
Szczęście w nieszczęściu
– Szczęściem w nieszczęściu było to, że miałem ten wypadek w Anglii, a nie w Polsce – mówi Łukasz i w jego głosie wcale nie słychać chęci przygadania polskiej służbie zdrowia. Kiedy się jednak pozna dokładnie jego historię, trudno nie zauważyć przepaści, jaka istnieje pomiędzy obydwoma krajami. Zanim jeszcze został wypisany ze szpitala, przydzielono mu tak zwaną cause manager, która przejęła na siebie praktycznie wszystkie obowiązki związane z reorganizacją jego życia.
– Właściwie o nic nie musiałem się martwić – wspomina. Dzięki jej staraniom po wyjściu ze szpitala nie musiał wracać na stare śmieci. Kobieta wyszukała firmę, która zajmowała się wynajmem lokali specjalnie przystosowanych dla takich jak on. Zadbała również o to, żeby odciążyć udręczoną opieką nad niepełnosprawnym mężem Elżbietę. Obecnie Łukaszem na stałe zajmują się dwie profesjonalne opiekunki. Co więcej, przez cały ten czas trwały starania, by małżonkowie mogli się przenieść do swojego własnego gniazdka.
Case manager skontaktowała niepełnosprawnego Polaka z kancelarią prawniczą Irwin Mitchell. Firma działa na zasadach „no win no fee”, czyli „płacisz jedynie wtedy, kiedy wygrasz”. Kancelaria z własnej kieszeni pokryła wszelkie koszty procesu. Wszystkie dokumenty trafiły do sądu w Newcastle, zanim jeszcze Polak opuścił szpital. Stroną pozwaną było Motor Insurers’ Bureau – firma ubezpieczeniowa pokrywająca straty, które poniosły ofiary wypadków spowodowanych przez nieubezpieczonych kierowców. Łukasz ze swojej strony praktycznie wcale nie musiał się angażować w proces.
– Przez te cztery lata, kiedy toczyła się sprawa, nawet nie musiałem się fatygować do sądu. O wszystko przez cały czas dbał przydzielony mi adwokat – opowiada. Co prawda po zakończeniu procesu firma powetowała sobie wszystkie poniesione koszty pobierając stosowny procent od wygranej, jednak akurat w tym Łukasz nie widzi nic zdrożnego. – Ci ludzie ułatwili mi całe dalsze życie – tłumaczy. Co ciekawe, kupony od przyszłej wygranej Polak zaczął odcinać już wkrótce po tym, jak sprawa trafiła na wokandę. Występujący w imieniu Łukasza mecenas John Davies uzgodnił z prawnikami z Motor Insurers’ Bureau, że firma niezwłocznie rozpocznie zasilanie konta Polaka odpowiednimi sumami.
– Dostawałem od nich pieniądze na opiekę, na życie, na wszystko – mówi Łukasz. Po zakończonym procesie cała suma, która została przez ten czas wydana przez MIB na pomoc Łukaszowi, została po prostu odliczona od zasądzonego odszkodowania. Ostatecznie sprawa zakończyła się 12 stycznia tego roku. Początkowo wysokość rekompensaty została wyceniona na dziesięć i pół miliona funtów, jednak suma została ostateczne zredukowana do 8,35 miliona, ponieważ w czasie wypadku Łukasz nie miał zapiętego pasa bezpieczeństwa.
8 milionów ładnie brzmi
– Najbardziej mnie wkurza, kiedy wszyscy dziennikarze, którzy ostatnio do mnie dzwonią, pytają jak się czuję po dostaniu tych wszystkich milionów – mówi Łukasz. – Przecież to są pieniądze przeznaczone na moją opiekę – tłumaczy i wylicza, że fundusze w większości i tak pójdą na pensje dla opiekunek, utrzymanie domu, rachunki. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wyobraża sobie chyba przecież, że przykuty do wózka chłopak nagle z niego wstanie i pójdzie do pracy.
Zresztą tak naprawdę Łukasz nigdy nawet tych milionów nie zobaczy. Kiedy sąd przyznał mu w końcu odszkodowanie, dostał do wyboru dwie opcje. Albo cała suma zostanie mu jednorazowo przelana na konto, albo co roku, do końca życia, będzie mu wypłacana pewna kwota pieniędzy. Razem z żoną uznali, że drugie rozwiązanie będzie o wiele lepsze. Tak więc zamiast robiących wrażenie milionów Polak otrzymywać będzie po prostu rentę. Nie najgorszą co prawda, ale i nie taką powalającą.
– To nie moja wina, że to tak wygląda – mówi. – Gdyby to ode mnie zależało, to dalej wolałbym siedzieć w fabryce i ładować ziemniaki do tego worka – dodaje i trudno mu w tym przypadku nie wierzyć.
Żyć jak najnormalniej
Wkrótce więc Łukasz mógł rozpocząć układanie swojego życia na nowo. Najpierw trzeba było znaleźć przystosowane dla niego mieszkanie, co wbrew pozorom w angielskich warunkach wcale nie było takie łatwe. – Tutaj we wszystkich domach są schody – tłumaczy.
W końcu udało się im trafić na bungalow w miejscowości Pontefract w Yorkshire. Poprzedni właściciele zbudowali go dla swojego niepełnosprawnego dziecka. W garażu zorganizowana została siłownia, gdzie można prowadzić ćwiczenia fizykoterapii. – Mam tam specjalny elektryczny rower do stymulacji nóg i różne inne urządzenia – opowiada Łukasz.
Raz w tygodniu pielęgniarki zabierają go do kina. Po drodze wpadają czasem odwiedzić restaurację. Kiedy opowiada o swoim codziennym dniu, na chwilę sprzed oczu znika obraz przykutego do wózka chłopaka. Zresztą sam Łukasz na tym wózku próbuje się zbytnio nie koncentrować. – Uciekam myślami od swojej niepełnosprawności – tłumaczy.
Przed siedmioma miesiącami pojawiło się przed nim jeszcze jedno wyzwanie. Już po pierwszym zabiegu in vitro w klinice w Cambridge Elżbieta zaszła w ciążę. – Po tych wszystkich nieszczęściach, które nas spotkały, akurat w tym przypadku się udało. Inne pary odnoszą sukces dopiero za którymś z kolei podejściem – śmieje się Elżbieta.
Małżonkowie wspólnie zakładają, że najgorsze mają już za sobą. – Teraz, jak już będziemy mieli rodzinę, wszystko będzie już tylko lepiej – mówi przyszła mama.
Dla Łukasza taka namiastka normalności to chyba też możliwość pogodzenia się z życiem, jakie zgotował mu los. – Muszę robić, co mogę, żeby prowadzić normalne życie. Dziecko, rodzina, dom, jak normalny człowiek. Teraz wszystko powoli zaczyna się układać.
Jakub Ryszko - Goniec Polski
© Goniec Polski - Wszystkie prawa zastrzeżone
Dodaj do ulubionych
Startuj z nami
RSS













Drukuj
Wyślij
Trwa wczytywanie...

Wasze komentarze
Portal Goniec.com nie bierze odpowiedzialności za treść zamieszczonych tutaj opinii i zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy niezgodnych z Netykietą.
(2010-01-23 09:11:01)
sam jesteś pajac
A co zazdrościsz mu? To złam sobie kark. Może ci też coś dadzą.~antyszanty
(2010-01-23 05:46:07)
Pajac
Chcial Anglie to ma.~Andrew
(2010-01-25 18:38:58)
kolego jaki ty masz typowy i glupi tok myslenia,jak mozesz pisac ze on sie dorobil wlasnym zdrowiem tych milionów, chlopie wypadek moze miec kazdy nawet w Polsce a ty piszesz ze chcial sie szybko dorobic POZDRAWIAM CIE GORÁCO~adam
(2010-01-24 20:09:36)
Ty Adam
Sam jestes debil bo nie rozumiesz o co chodzi.~l
Jakby siedzial w Polsce to by mu sie nic nie stalo i by nie byl kaleka. Chcial sie szybko dorobic to sie dorobil ale wlasnym zdrowiem.
(2010-01-23 17:32:13)
ty andriew a zebys sam se kregoslup polAMAL ty debilu,a na co mu te miliony jak do konca zycia spedzi na wózku,wez kolo i sie pizdnij w czolo~adam
(2010-01-20 21:17:30)
a dlaczego gazety nie interesowaly sie jego historia zanim zakonczyla sie sprawa odszkodowania? A jak juz podali jego imie i nazwisko oraz gdzie mieszka to moze niech jeszcze podadza jego numer konta ...oby nic zlego z tego niewyszlo. Lukaszowi zycze checi do zycia i szczescia~czytelnik