Z Martyną na kraniec świata
Martyna Wojciechowska przyjechała do Wielkiej Brytanii z obietnicą zabrania chętnych w podróż ich życia. Przeżycie będzie tak intensywne, a przygoda tak egzotyczna, że potem już nic nie będzie takie samo. Chyba się nie spodziewała, że spotka tu tylu Polaków, którzy mają przygodę we krwi. W końcu tutaj też jesteśmy tylko „przejazdem”!
Czy to przypadek, że podróżniczka i dziennikarka Martyna Wojciechowska – jak sama przyznaje – zaczynała swoją przygodę z życiem od spędzenia kilku miesięcy w Londynie? Miała 16 lat, gdy przyjechała tu z plecakiem pełnym papierosów i z wielką ochotą na poznanie świata. Czy to przypadek, że tutaj, w Wielkiej Brytanii, mieszka Jarek Rycak, zdobywca pierwszej nagrody w wielkim konkursie fotograficznym magazynu National Geographic, którym Martyna od trzech lat kieruje? Mistrzowskie zdjęcie zrobił w Indiach, dokąd pojechał nie w zorganizowanej wycieczce, tylko ad hoc, bez większych przygotowań.
Czy to przypadek, że Robert Maciąg opuścił Polskę 10 lat temu, zatrzymał się w Niemczech, Stanach Zjednoczonych, aż w końcu jego bazą wypadową stał się... Londyn oczywiście. To tutaj przyjechał po swej epickiej, sześciomiesięcznej wyprawie po Indochinach, dzięki której został zwycięzcą konkursu National Geographic Traveler w 2007 roku. – Znalazłem się tam przez przypadek – mówił do sali wypełnionej ludźmi, którzy w miniony piątek przyszli na spotkanie z Martyną. Po widowni poszedł szmer niedowierzania... Przecież wszyscy wiemy, że to nie może być ślepy traf!
Wolne, polskie elektrony
Magia miejsca? Przecież nie wszyscy mieszkający w Londynie Polacy pałają żądzą wielkiej przygody na krańcach świata. Jednak to miasto zdaje się jądrem różnorodności, zagęszczonym zmiksowanymi kulturami jak wszechświat przed Big Bangiem. Wystarczy przejść się w dzień targowy po Camden Town, żeby doświadczyć wszystkimi zmysłami – wzroku, słuchu, smaku, powonienia, dotyku – tej obłędnej mikstury. Cały świat w jednym mieście... Taka atmosfera inspiruje. Sprawia niekiedy, że selekcjonujemy jeden zapach czy smak z tej mieszanki i podążamy w szeroki świat jego tropem.
Polskie wolne elektrony, które zostały przez Londyn na jakiś czas zassane, eksplodują w różnych kierunkach, przemierzają świat na własną rękę albo w zorganizowanych grupach, potem znowu coś ich tu ciągnie...
– Wracam z wyprawy do Londynu, przygotowuję się do następnej podróży, ruszam, znowu tu wracam, zarabiam na kolejną – tak od wielu lat wygląda życie Robba Maciąga, a od niedawna również jego żony, Ani.
Ci ludzie nie są wcale szlachetnymi wyjątkami, takich jak oni jest wśród brytyjskiej Polonii wielu. Są żywym zaprzeczeniem reguły głoszącej, że zjawiliśmy się tu wyłącznie z chęci zysku. Dla nich i im podobnych pieniądze są tylko środkiem do realizacji – celu, marzeń, ambicji, pasji poznawczej, ciekawości świata i ludzi.
– Kochaj to, co robisz – tak brzmi pierwsza zasada, która kieruje się w życiu Martyna Wojciechowska i zaświadcza wszystkimi swoimi dokonaniami, że nigdy o niej nie zapomina. Na spotkaniu z londyńczykami przypomniała między innymi o swojej dawnej pasji – motoryzacji. Zaczynała od jazdy rometem 50, a kończyła... na drugim miejscu w morderczym Rajdzie Transsyberyjskim Atlantyk-Pacyfik, którego trasa ciągnęła się przez ponad 12 tys. km.
Martyna obiecuje przygodę
Zdecydowana większość zna ją z programów telewizji TVN. Najpierw były „Dzieciaki z klasą” i „Big Brother”, potem „Automaniak” w TVN Turbo i „Misja Martyna”. Z pewnością wielu facetów kojarzy ją z pamiętną, „warsztatowo-samochodową” sesją w „Playboy’u”. Ktoś pewnie przypomina sobie, że jest kierowcą rajdowym, że oprócz udziału w Transsyberii ukończyła również szalony Rajd Paryż-Dakar. To jednak przeszłość. Teraz... Weszła na sześć najwyższych gór na różnych kontynentach, w tym na Mount Everest, a do zaliczenia korony Ziemi został jej jeden szczyt. W międzyczasie jest redaktor naczelną polskiej edycji magazynu „National Geographic”, autorką programu „Kobieta na końcu świata”, dziennikarką z czterema napisanymi książkami na koncie...
Do Londynu przyjechała ze swoją – nikt tego nie krył – komercyjną propozycją dla mieszkających tu Polaków, jak również dla żądnych przygody i intensywnych przeżyć Brytyjczyków. MK Tramping i Martyna Adventure to otwarte właśnie w Brighton biura podróży, ale z typowymi przedstawicielami branży mające niewiele wspólnego. Nie ma mowy o wytartych butami turystów szlakach, pilocie pokazującym atrakcje zza szyb autokaru czy o basenie w pięciogwiazdkowym hotelu, w którym czeka na nas apartament z minibarem przy łóżku. Nic z tych rzeczy. MK Tramping organizuje wyprawy w małych grupach do egzotycznych miejsc, często trudno dostępnych, jak amazoński busz, zagubione w górach peruwiańskie wioski, pustkowia Syberii, stepy Mongolii czy tybetańskie pustelnie. Przygodą ma być nie sam pobyt w egzotycznym miejscu, ale również dotarcie do celu, droga wiodąca nieutartymi trasami, ludzie na niej napotkani, wysiłek włożony w całą wyprawę.
– Nie chodzi też o to, by pojechać w 15-osobowej grupie do niedostępnej wioski, na miejscu upić się, rozgrabić lokalne rzemiosło, a w zamian dać tubylcom długopisy i zapalniczki – tłumaczy Martyna. Filozofią tych wypraw jest poznanie miejscowej kultury, wtopienie się w nią, zrozumienie, często też głębsze poznanie siebie, własnych możliwości i ograniczeń...
Czy Polacy mieszkający w Wielkiej Brytanii mogą być niszą, która zainteresuje się takim sposobem podróżowania? – Z przerażeniem obserwuję, co ludzie robią ze swoimi pieniędzmi. A raczej, czego nie robią – odpowiada Martyna Wojciechowska. – Pracują ciężko, niektórzy wyjeżdżają na obczyznę, żeby zarobić, ale mam wrażenie, że nie do końca wiedzą, w jaki sposób je spożytkować. Jadą po raz kolejny do Egiptu czy Tajlandii i poruszają się tam według utartych schematów, podczas gdy można przeżyć niezapomnianą przygodę, która może nas zmienić na zawsze. My chcemy pokazać, że jest taka możliwość.
Z notatnika podróżnika
Owa przygoda sama do nas nie przyjdzie, trzeba jej wyjść na spotkanie. Tak jak Robert Maciąg, dzisiaj nauczyciel w „zerówce” jednej z londyńskich szkół, który zaczął swoją podróż życia zupełnie niespodziewanie. Wolny, polski elektron urwał się spod prawa grawitacji i wylądował w Chinach, gdzie pojechał odwiedzić byłą żonę, która tam studiowała. – Małżeństwo się rozpadło, musiałem coś z sobą zrobić – mówi bez ogródek. Kupił więc... chiński rower za równowartość 120 złotych i pojechał przed siebie.
– Kiedy wsiadłem na ten rower, wymyśliłem sobie, że dojadę do Sajgonu, a później jeszcze dalej i jeszcze dalej. Kupiłem słownik angielsko-chiński i atlas drogowy. I pojechałem. Nie obchodziło mnie co, jak i którędy. Miałem sześć euro dziennie. Nie wiedziałem, kiedy ta wyprawa się zakończy. Nie miałem żadnego planu – przypomina sobie Robb. – Pierwsze trzy tygodnie to był prawdziwy hardcore: oby jak najwięcej przejechać. Kiedy już opuściłem Chiny, w Wietnamie, to była czysta przygoda. Wróciłem do domu tylko dlatego, że mi się skończyły pieniądze.
W sumie przejechał 7 tysięcy kilometrów. W ciągu pięciu miesięcy podroży – od lutego do czerwca 2004 – pokonał rozległe tereny Chin, górzyste obszary Wietnamu, piaszczysto-błotniste drogi Kambodży i dżunglę Laosu. Spał gdzie popadło: pod namiotem, w tanich hotelach, u ludzi. Jadł co popadło: ryż, makaron, ale także gotowane węże i koniki polne.
Robb już zbiera pieniądze i szykuje się na kolejną wyprawę. Z żoną Anią przemierzą rowerami Jedwabny Szlak, dawną drogę handlową łączącą Chiny z Bliskim Wschodem i Europą. Do przejechania jest 12 tys. kilometrów!
* * *
Martyna pokazała w Londynie przejmujący filmik. Stoi pod największą górą świata, jej postać to nikły pyłek w bezbrzeżnej, oślepiającej i zapierającej dech w piersiach bieli. Nagle widać, jak ze stoku urywa się potężna płyta śniegu i zaczyna spadać w dół lawiną. Chociaż biała ława prze w jej stronę, Martyna ani drgnie wpatrzona w kataklizm, który zaraz ją pochłonie. Tuż przed uderzeniem wyrywa jej się z piersi dziwny chichot, a zaraz potem jej postać niknie w potężnej chmurze śnieżnego pyłu... – Pokazałam wam to, żebyście zrozumieli, dlaczego zakochałam się w górach – mówiła do widowni w sali londyńskiego POSK-u. Z lawiny wyszła bez szwanku, chociaż nie umie wytłumaczyć z czego się w tamtym dramatycznym momencie zaśmiała.
Momenty kompletnego zauroczenia, poczucia obecności na innej planecie albo przekroczenia granic świadomości ma każdy, kto wybrał się w podróż i wtopił się w otaczające go środowisko. Ci, którzy kiedyś wyjechali za granicę, choćby tylko w celach zarobkowych, zrobili pierwszy krok. Wielu z nich już nigdy się nie zatrzyma...
Adam Skorupiński, Iwona Kadłuczka – Goniec Polski
Fot. Małgorzata Łupina/TVN, Darek Załuski
Dodaj do ulubionych
Startuj z nami
RSS













Drukuj
Wyślij
Trwa wczytywanie...

Wasze komentarze
Portal Goniec.com nie bierze odpowiedzialności za treść zamieszczonych tutaj opinii i zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy niezgodnych z Netykietą.Brak komentarzy.